wyłaczony.

- Stoję na żwirze - odparł. - Ale nie polecam, to dobre dla fakira. Nie mam pojęcia, jak Tammy to wytrzymuje. A tak w ogóle to dzień dobry.
Długo siedzieli w milczeniu. Później Mały Książę wstał, powoli podszedł do Smutnej Dziewczyny i położył rękę na
- Bądź rozsądna. Wynajmijmy opiekunkę i zejdźmy do restauracji.
- Oczywiście, że będzie miał najlepszą opiekę - mruknęła ze złością.
- Przykro mi, ale go nie oddam.
- Lisa spytałam akurat w chwili, kiedy skradał się do kurnika.
tamten nie rezygnował. - Skąd wiesz? Nie próbowałaś jeszcze ze mną. - I nie spróbuję. - I nie spróbuję - powtórzył, naśladując jej ton. - Podłapałaś napuszoną mowę w tym swoim San Fran-cis-co. Spojrzała na niego ostro. - Ha! Zastanawiasz się, skąd o tym wiem? Znam cię, panno Sayre Hoyle. Nie mógłbym zapomnieć koloru twoich włosów ani... - objął wzrokiem jej sylwetkę, prawdopodobnie uznając, że jest kusicielski -... ani twoich kształtów. Nabawiłaś się kilku złych nawyków w tej swojej Kalifornii, ale wszystkie tamtejsze cioty gadają tak śmiesznie jak ty, więc chyba nie mogę cię za to winić. - Pochylił się ku niej i dodał szeptem: - Założę się, że nadal masz taki słodki tyłeczek, jak wtedy, gdy byłaś szesnastoletnią cheerleaderką. Skakałaś po całym boisku, robiłaś gwiazdy i tym podobne. Te twoje wymachy zawsze dodawały mi wigoru. Z niecierpliwością wyczekiwałem każdego piątku. - Urocze - odparła, obdarzając go zimnym spojrzeniem. - A teraz spadaj, jeśli łaska. Jednak nieznajomy wsunął się już na ławkę naprzeciwko niej. Sayre sięgnęła po torebkę, lecz zanim zdołała wydostać się z kubika, zacisnął dłoń na jej nadgarstku. - Puść mnie - powiedziała, usiłując się wyrwać. - Staram się po prostu prowadzić przyjacielską pogawędkę - odparł przymilnym tonem. - Przecież się znamy. Nie pamiętasz mnie? Sayre nie miała ochoty na żadną konwersację, przyjacielską czy nie, z tym łazęgą o długich, żółtych szczurzych zębach, przerzedzonej żółtawej koziej bródce i ogromnych uszach. Nie chciała jednak wdawać się z nim w niepotrzebną szarpaninę, przyciągając uwagę innych klientów baru. Nie zamierzała robić z siebie widowiska, co niechybnie dotarłoby do Huffa i Chrisa, którzy myśleli, że wyjechała do Nowego Orleanu, zgodnie z wcześniejszymi zamierze-niami, i ubawiliby się jej przygodą. Spojrzała na intruza najzimniej, jak potrafiła. - Nie wiem, kim pan jest, i nie obchodzi mnie to. Jeżeli nie puści pan natychmiast mojej ręki... - To co? - spytał drwiąco, zaciskając tylko mocniej dłoń na jej nadgarstku i wbijając boleśnie palce w miękką poduszkę pod kciukiem. - Niby co zrobisz, jeśli cię nie puszczę? - Złamie ci twój cholerny kark. A jeśli nie, ja to zrobię. Szczęka natręta opadła nieco, gdy spojrzał ponad ramieniem Sayre. Odwróciła się i dostrzegła Becka Merchanta, opartego swobodnie o niską ściankę działową za jej plecami, zupełnie tak, jak na cmentarzu, gdy wspierał się o bagażnik jej samochodu. Uśmiechał się również w ten sam sposób, leniwie, niezobowiązująco, tym razem jednak wyłącznie ustami. Jego oczy odzwierciedlały groźbę, którą właśnie zadeklarował słownie. Podkopało to nieco pewność siebie intruza. - Kim ty niby jesteś, żeby się wtrącać? - wyraźnie nadrabiał miną. - Jestem facetem, który zaraz złamie ci kark. - Już raz spuściłem ci manto. Widzę, że o tym zapomniałeś, ale z przyjemnością odświeżę ci pamięć - odgryzł się. Blefował. Nawet Sayre, która nie była specjalistką od walk na pięści, widziała to wyraźnie. - Zostaw ją w spokoju. Na-tych-miast. - Beck zaakcentował ostatnie słowo. Nieznajomy zawahał się przez chwilę, a potem puścił jej rękę i wstał od stolika. Uśmiechając się szyderczo do Sayre, rzucił na odchodne: - Zawsze uważałaś, że jesteś lepsza od innych, jak wszyscy Hoyle'owie.
Ich pocałunki stały się gorące, zachłanne, niecierpliwe. Dłonie Marka nie wiadomo jak i kiedy zsunęły się na ciepłe, krągłe piersi dziewczyny.
- Nie ma mowy. Mieliście swoją olśniewającą ksi꿬niczkę, ale Lara nie żyje. Teraz jestem ja.
Wymierzyła mu siarczysty policzek.
dlatego, że przyglądał się twoim włosom, wyobrażając sobie, jak łaskoczesz nimi jego brzuch. - Patrzył jej w oczy przez kilka sekund, a potem włożył okulary i kask. - Chodźmy. Z tymi słowy otworzył wrota do piekieł. Takie było pierwsze wrażenie Sayre. Żar buchnął w nią z pełną mocą, niczym ogromna dłoń napierająca na pierś, aż do granicy wytrzymałości. Beck był kilka kroków przed nią, schodził po metalowych schodach prowadzących w dół, do hali. Wyczuwając jej wahanie, spojrzał za siebie. - Zmieniłaś zdanie? - zawołał, przekrzykując hałas. Potrząsnęła przecząco głową i pokazała, aby ruszał dalej. Beck poprowadził ją w dół. Metalowe stopnie wydawały się tak rozgrzane, że niemal parzyły przez podeszwy butów. Zaczęła się obawiać, że skóra, z jakiej zrobiono mokasyny, roztopi się pod wpływem gorąca. Pod jej stopami rozciągało się królestwo hałasu. Przepastność hali zdumiała ją bezgranicznie. Zdawało się, że pomieszczenie nie ma końca. Nie dostrzegała przeciwległej ściany, jedynie ciemność, gęstą czerń rozświetlaną snopami iskier i blaskiem bijącym z kadzi pełnych płynnego metalu. Wielkie chochle wlewały rozżarzony do białości stop do wagoników przesuwających się pod sufitem na pojedynczej szynie. Słyszała brzęk metalu o metal, łomotanie przenośników taśmowych, jednostajne buczenie i stukot maszyn. Panował tu wieczny hałas i przytłaczający mrok, jednak najgorszy był upał, przed którym nie można się było nigdzie schronić. Raz wciągnięty w płuca stawał się nieodłączną częścią tutejszej egzystencji. Wulkanami tego podziemnego świata byli mężczyźni o spoconych twarzach przesłoniętych okularami ochronnymi. Wpatrywali się w Becka i Sayre z mieszaniną szacunku i nieufności. Byli w nieustannym ruchu, niektórzy z nich obsługiwali kilka maszyn. W tej pracy nie było czasu na siedzenie. Robotnicy musieli nieustannie obserwować, czy gdzieś nie pojawi się niekontrolowane iskrzenie, wyciek, wywrotka i inne wypadki. Od tego zależało ich życie. - Nie musisz tego robić, Sayre - powiedział Beck prosto do ucha. - Nie musisz nikomu niczego udowadniać. Jasne, że nie muszę, pomyślała. Spojrzała na rząd rozświetlonych okien wysoko ponad ich głowami. Tak jak się spodziewała, w jednym z nich stał Huff, tytaniczny władca piekielnych czeluści, w szerokim rozkroku, paląc papierosa, którego czubek żarzył się na czerwono. Widząc jego pełne samozadowolenia, wyzywające spojrzenie, Sayre poprosiła Becka: - Oprowadź mnie. Ruszyli w drogę. - Produkujemy stop złożony głównie z żelaza, z małym dodatkiem węgla i krzemu - zaczął tłumaczyć Beck. Sayre kiwnęła tylko głową. - Hoyle Enterprises skupuje złom. Mamy swoje źródła dostaw w kilku stanach. Towar dociera tu koleją, całymi tonami. Sayre podejrzewała, że wielkie złomowisko widoczne na tyłach odlewni było złem koniecznym, chociaż pamiętała, jak matka spytała kiedyś Huffa, czy nie mógłby zbudować płotu lub czegoś w tym rodzaju, co odgrodziłoby tę wielką hałdę od autostrady. Oczywiście Huff nie chciał o tym słyszeć, ze względu na koszty. - Gdyby nie ta sterta śmieci, jak ją nazywasz, nie nosiłabyś futra z norek i nie jeździła cadillakiem - odparł tylko. - Złom jest przetapiany w piecach zwanych kopułami - ciągnął Beck. - Płynny metal jest przelewany do wirówki, która robi odlewy, używając zmiennych sił odśrodkowych, albo do form piaskowych.
Czy w ogóle zauważała, że był mężczyzną?
- Gdyby książę pozwolił...
- Przyniosłem mu coś. - Podał jej pluszowego misia i uśmiechnął się jeszcze szerzej na widok jej zdumionej miny.

417

Nie chciała o tym myśleć. Wolała myśleć o tym, że ksią¬żę ma przyjemny, aksamitny głos.
- Słyszałam, że wkrótce po wypadku pojechałeś do szpitala. - Masz dobre źródła informacji. - Wiem również, że żona tego mężczyzny odrzuciła twoją ofertę pomocy. - Przestań krążyć wokół tematu, Sayre. Słyszałaś o tym, że plunęła mi w twarz. Czy dlatego tu jesteś? Przyjechałaś, żeby napawać się tym faktem? - Nie. - A może po to, aby przypomnieć mi o niebezpiecznych warunkach pracy w fabryce? - O tym akurat powinieneś sam wiedzieć najlepiej, prawda? - Podajnik, który zranił Billy'ego Paulika, został wyłączony. - Na twoje polecenie. O tym także słyszałam. Beck wzruszył obojętnie ramionami. - Dlaczego nie zrobił tego George Robson? - Ponieważ... - Ponieważ jest tylko kukiełką, która nie robi niczego bez zgody Huffa. - Który był w tym czasie w szpitalu, dochodząc do siebie po zawale. A może już o tym zapomniałaś? - Jak zareagowali Huff i Chris na wieść o tym, co zrobiłeś? - Zgodzili się z moją decyzją. - Nie broń ich, Beck. Nie sądzisz, że umieszczenie George'a Robsona na stanowisku kierownika działu do spraw BHP to granda? Huff nie chce tam nikogo, kto by posiadał choć odrobinę sumienia lub zdrowego rozsądku. George Robson to tylko przykrywka, która ma zamydlić oczy OSHA. Czy jego dział ma w ogóle jakichś pracowników? - Owszem. - Sekretarkę i to wszystko. Żadnego wykwalifikowanego personelu, nikogo, kto dokonywałby rutynowych przeglądów. George na pewno nie robi tego sam. Czy został mu przyznany jakiś budżet? Nie. Władza? Zero. - Wprowadził w życie ustalone przez Huffa zasady. Sayre słyszała już o tym wcześniej. Wedle tych zasad, wadliwie funkcjonująca maszyna mogła zostać wyłączona i nie mogła zostać ponownie uruchomiona, czy to przypadkowo, czy też specjalnie, zanim inspektor posiadający klucz uzna ją za bezpieczną. - Tylko po to, aby uniknąć wysokiej grzywny - odparła. - Czy to prawo jest wprowadzane w życie? Beck odpowiedział jej długim spojrzeniem. - Tak myślałam. Tak zwany kierownik do spraw BHP zabiera tylko miejsce w Hoyle Enterprises. To wszystko. - Powinnaś się zmówić z Charlesem Nielsonem. - Kim? - Nieważne. - Popchnął huśtawkę bosą stopą. - Zatem przyszłaś, żeby porozmawiać o wypadku? - Nie. Chciałam zapytać o coś, co dręczy mnie od jakiegoś czasu. - Na brzuchu. - Słucham? - Kiedyś zapytałaś mnie, jak sypiam w nocy, i nigdy nie zdołałem ci odpowiedzieć. Zazwyczaj śpię na brzuchu. A tak przy okazji, jeżeli będziesz miała kiedyś ochotę się o tym przekonać, moje zaproszenie jest aktualne. Sayre zerwała się z huśtawki jak oparzona. Już przy poręczy schodów odwróciła się i spojrzała na niego.
- Gdybyś miał zeznawać przed sądem, czy mógłbyś zaświadczyć pod przysięgą, że Watkins specjalnie zaatakował Chrisa nożem? - Czy to nie oczywiste? Chris miał rozcięte ramię. Sayre zatrzymała się na poboczu, pod magnolią, której cień chronił ich przed słońcem. Zostawiła silnik na jałowym biegu i spojrzała na Becka. - Pewnego razu, gdzieś na początku liceum, gdy byliśmy nastolatkami, stroiłam się w łazience. W domu były jeszcze trzy inne, ale mimo to Chris nieustannie pukał do drzwi i naprzykrzał mi się. Bez powodu, po prostu dlatego, że był znudzony. Wreszcie otworzyłam i powiedziałam, żeby poszedł do diabła i zostawił mnie w spokoju. Chris przepchnął się obok mnie i wszedł do środka. Zaczęliśmy się szarpać. Nagle wrzasnął okropnie i krzycząc, płacząc, wybiegł z łazienki, w poszukiwaniu Huffa. Powiedział, że zaatakowałam go lokówką. Na dowód miał na ramieniu brzydkie poparzenie. - Sayre przerwała, aby zaznaczyć, że doszła do kulminacyjnego punktu hi-storii. - Kiedy otworzyłam Chrisowi drzwi, nie miałam w ręku lokówki. Owszem, była włączona, ale leżała na stoliku. - Sugerujesz, że specjalnie się oparzył? - Tak. Warto było znieść trochę bólu, żeby wpakować mnie w kłopoty. - Chcesz powiedzieć, że Chris mógł sam nadziać się na nóż Klapsa Watkinsa? Spojrzała na niego długo, a potem wrzuciła bieg i ruszyła w dalszą drogę. - Wasze spotkanie z Watkinsem było dziś tematem plotek. - Gdzie zasłyszałaś owe plotki? - W salonie kosmetycznym. Sponad zsuniętych na nos okularów przeciwsłonecznych spojrzał na jej potargane wiatrem włosy. - Zrobiłam sobie pedikiur - mruknęła niechętnie. Dało to mu sposobność do pochylenia się i spojrzenia w dół, na zgrabną prawą łydkę, kończącą się stopą wciśniętą w pedał gazu. Od kiedy wyjechali z miasta, samochód mknął z równą prędkością stu pięciu kilometrów na godzinę. - Hm, ładne, ale co to za kolor. Ani czerwony, ani różowy. Jak to nazywasz? - Beż Marilyn. - Marilyn, jak Monroe? - Tak przypuszczam. Nigdy się nad tym nie zastanawiałam. Zresztą, kolor moich paznokci u stóp nie ma tu najmniejszego znaczenia, Beck. Liczy się to, że salon piękności jest skarbnicą miejscowych nowinek. Kosmetyczki mogą nie wiedzieć, gdzie znajduje się Irak, ale z pewnością się orientują, kto z kim sypia, kto w zeszłą sobotę został zaatakowany nożem i tak dalej. - Czy właśnie w ten sposób udało ci się odnaleźć przysięgłych z procesu Chrisa? Spojrzała na niego wyniośle, ale nie dała się zbić z tropu. - Otóż nie - odparła chłodno. - Tę akurat informację uzyskałam z sądu. Zastanawiałam się, czy Huff o tym wie - dodała po krótkiej przerwie. - Owszem, wie. Sądziłaś, że utrzymasz spotkania z tymi ludźmi w tajemnicy? Nie jesteś nikim, Sayre. Możesz nosić pospolite ciuchy z lokalnego sklepu odzieżowego, ale dla tubylców nadal będziesz wyglądała jak „miastowa". To, że pojawiłaś się tutaj po dziesięciu latach nieobecności, jest wielkim wydarzeniem, a twoje mieszanie się w sprawy Huffa jest jeszcze bardziej ekscytujące. Ludzie czują przed tobą respekt, ale nikt nie chce wystąpić przeciwko Huffowi Hoyle'owi. - Kiedy zaczęłam do nich dzwonić, wiedziałam, że prędzej czy później Huff i Chris się o tym dowiedzą. I ty - dodała, spoglądając na niego. - Ale nic mnie to nie obchodzi.

- Wcale nie chciałem rządzić, już ci o tym mówiłem.

Dzwiek dobiegajacy z południa narastał; cie¿arówka - z
- Timmy chyba wypełnia podania do Safewaya i do młyna Cole’a. - Zdjęła folię, którą była wyłożona forma do
gdyby nigdy nic.

- Mój Uśmiechu zachodzącego Słońca...

nazwiska Cahill i zwiazanych z tym oczekiwan ze strony
znaczeniu.
Mężczyzna w goglach lotnika, w czapce Oilersów spuszczonej na oczy z nieukrywanym zainteresowaniem